Piotr Tabakowski (1938-2015) 

In memoriam

Dobrze mieć przyjaciela, a najlepiej – starego” – głosi chińskie przysłowie. To prawda, którą przy Piotrze poznawało się bardzo prędko.

   Piotrek...  „Tabaka”…  „Naser-mater”,  zawsze niezawodny w potrzebie, nasz nieodżałowany…  Czy był moim bliskim znajomym?  Paradoksalna refleksja:  w potocznym rozumieniu - chyba nie... Wszak wizyty we własnych domach złożyliśmy sobie zaledwie kilka razy w życiu. Ale czyż ludzi naszego pokroju mogłyby łączyć  akurat jakieś „potoczne” relacje? Kim więc wobec siebie byliśmy? Otóż tu nie mam cienia wątpliwości: byliśmy przyjaciółmi, i to w najlepszym tego słowa rozumieniu. Co zatem nas dzieliło? Dzieliły nas obowiązki. Dzieliły nas - w czasie i przestrzeni - rozmaite „dolinne” zobowiązania. Dzieliły mocno, bo Piotr traktował swe zobowiązania bardzo serio, a jako człowiek wyjątkowo wielkoduszny, miał ich bardzo wiele. Ale co nas łączyło? Wbrew pozorom - bardzo wiele. Bez wątpienia była to pasja do wspinania i upodobanie narciarstwa, fascynacja górami, a jednocześnie inżynierskie postrzeganie zjawisk tam rządzących, no i ... bardzo staroświeckie rozumienie „braterstwa liny”. Tyle o naszych relacjach mógł wiedzieć chyba każdy. Jednak było tego dużo więcej. Piotr imponował mi systemem wartości, a przede wszystkim konsekwentnym trwaniem w nim. W życiowej postawie Piotra fascynująca była spójność pomiędzy głęboką wiarą chrześcijańską i nieskrywaną religijnością, a ogromną tolerancją, taktem i życzliwością oraz zupełnym brakiem przyzwolenia na wszelkie „ideologizmy”, czy „fundamentalizmy”. Zaś wszystko to - bez sprzeczności z naukowym rozumieniem funkcjonowania świata materialnego i otwartością na nowoczesność.  Piotr był więc dla mnie zawsze wzorem niedościgłym, trochę jak starszy brat, o którym marzyłem w dzieciństwie... Bo też i był On ode mnie dużo starszy. 

   Poznaliśmy się - dla niektórych zapewne prehistorycznie dawno, ale jak dla nas – „dopiero” w maju 1987 roku, na kursie instruktorów PZA. I to właśnie wtedy od razu znaleźliśmy wspólny język pomiędzy sobą, jak z nikim więcej w tamtym gronie. Jednak przez wiele lat obowiązki życiowe rozrzucały nas na tyle, że wzajemne kontakty – czy to w górach, czy w skałkach - zaliczać wypada bardziej do kategorii miłych i pożądanych incydentów, niż do tzw. pielęgnowania znajomości. „Braterstwo liny” połączyło nas dopiero podczas „sławetnego” – bo w pewnym sensie wymuszonego na starej kadrze instruktorskiej - "kursu doszkalającego" na uprawnienia państwowe instruktora sportu. Było to w Sokolikach, wiosną roku 2006, a więc - jak dla nas - wciąż całkiem niedawno... Niebawem też staliśmy się partnerami we wspinaczkach górskich. Spróbowaliśmy nawet stworzyć sobie pewną „nową świecką tradycję”, polegającą na corocznej wspinaczce jakąś ładną drogą dla uczczenia kolejnych urodzin Piotra. Pierwszą taką urodzinową wspinaczką, aczkolwiek w dniu już dość odległym od kalendarzowej daty Jego jubileuszu, było wspólne przejście drogi Dziędzielewicza na Kościelcu w 2008 roku, czyli z okazji piotrowej „siedemdziesiątki”. To był piękny czas... Nie we wszystkich kolejnych sezonach udało się nam dochować tej tradycji.  Szkoda... Niestety, pomimo przybywania lat, ilość zobowiązań zatrzymujących Piotra na nizinach chyba tylko rosła. Spośród ładnych i dobrych stylowo wspólnych wspinaczek z tamtych lat, szczególnie warte wspomnienia wydaje mi się jeszcze jesienne przejście drogi Kajki na Kościelcu w sierpniu 2008 roku oraz drogi Kutty na Batyżowieckim Szczycie w roku 2010. No i jeszcze w lipcu tego samego roku wspólne „przebiegnięcie się” na Grossglockner granią Stuedl, a wszystko to w Jego siedemdziesiątym trzecim roku życia. Pięknego życia... Życia, z którym Piotr stale potrafił „być na bieżąco”, a które dla mnie na zawsze będzie stanowić doskonały punkt odniesienia.

 Marek Pokszan     

[ Mapa serwisu WWW ]